Różne uczucia targają ludźmi - od miłości po nienawiść, z całą masą stanów pośrednich. W zdecydowanej większości uczucia te latają po świecie bez ładu i składu jak dywizjon blondi na zakupach w centrum handlowym. Ich kondensacja następuje w wyniku wojen, wyborów, olimpiad i tym podobnych masowych wydarzeń. Ale to rzadkość, taka olimpiada jest zaledwie raz na cztery lata, częstotliwość wyborów zależy od wyniku prostego działania - jeśli współczynnik parcia na stołki tych co nie są w parlamencie jest wyższy niż współczynnik przyspawania do koryta tych, którzy się dostali to mamy nowe wybory. Przypadkowo pierwsze z tych zjawisk narasta cyklicznie co cztery lata i to właśnie dlatego co cztery lata mamy w Polsce wybory, a czasem nawet częściej. Częstotliwość wojen zależy wprost proporcjonalnie od ilości nowego sprzętu wojskowego do przetestowania, współczynnika nudy w koszarach i zapotrzebowania na ropę, opium czy egzotyczne tancerki. Ale to wszystko to są wydarzenia dość rzadkie i mimo że mają dużą siłę uczuciową to gdyby podliczyć całość w skali powiedzmy 10 lat wszystkie one zostaną daleko z tyłu. Ich pogromca jest niepozorny, znamy go od dzieciństwa i już wtedy nas prześladuje. Niszczy nam najlepsze lata, rozbija ścianę beztroski jak czołg taranujący piernikową chatkę na kurzej nóżce. Wojna, wybory, olimpiada - to wszystko można pokonać, zwyciężyć. Podobno nawet reprezentacja Polski w piłce nożnej może coś kiedyś wygrać, tak przewidział Nostradamus. Ale z nim nikt nie wygra - żadna armia ani nawet najlepsi atleci. Niszczy życie bardziej niż Buka, niszczy psychikę bardziej niż wąchanie kleju, a nawet bardziej niż słuchanie Feel'a. To... poniedziałek! Niektórych prześladuje od najdawniejszych czasów jakie pamiętają, wgryza się w nasze (a przynajmniej niektórych) życie już od żłobka i potem tylko kontynuuje swoją zbrodniczą działalność. Przedszkole, szkoła, studia, praca - on tam zawsze jest. Skaził swoją plugawością prawie wszystkie pozostałe dni tygodnia, jedynie sobota trzyma się dzielnie. Bo już nie niedziela! Nie, niedziela to dzień zbierania sił aby stawić mu czoła. Rodzinny obiad nie smakuje już tak dobrze, kiedy wiadomo że z każdą błogo spędzoną godziną jesteśmy coraz bliżej widma poniedziałku. Niedzielny wieczór spływa na nas jak zasłona z ciężkiej i lepkiej tkaniny, odbierając siły. To nie jej wina, to już macki poniedziałku przeżarły ten dzień. Dzień odpoczynku skażony plugawym piętnem. I idziemy spać, z nadzieją że jednak nie będzie tak źle, że jednak jakoś to będzie. On zakarada się chyłkiem po nocy, jak chmara szarańczy nad polem pszenicy. Ale nie atakuje, przysiada na drzewie i czeka. Ma swojego sprzymierzeńca - budzik, owy plugawiec służy wiernie swojemu mrocznemu panu. I kiedy budzik spełni swoją powinność w ułamku sekundy następuje atak! Nie ma żadnej drogi ucieczki, nic nie jest w stanie nas uratować. Myślałby ktoś, że powrót z pracy to jest jakaś wygrana nad jego mocą. Nic bardziej mylnego, jego klątwa wciąż wisi nad nami, jego macki zaraziły kolejne dni tygodnia. Nie wystarczy mu jeden atak, o nie! On czerpie satysfakcję z tego że po nim jeszcze cztery razy dokona się na nas zbrodnia budzika. Potem jeden wieczór zapomnienia, jeden cały dzień wolności i nagle okazuje się że to niedzielne popołudnie, cała nasza wolność przeciekła przez palce i zostało zbliżające się widmo poniedziałku. I tak co tydzień, miesiąc w miesiąc, rok w rok. Ktoś powie "ale ja mam wakacje". Ciesz się bracie, ciesz się siostro. Bo wakacje służą po to, abyście wiedzieli co straciliście, abyście mieli za czym tęsknić kiedy je utracicie. Są jeszcze urlopy, malutkie wysepki nadzieji pośród morza poniedziałkowatości. Ale kiedy będziecie na urlopie nie poczujecie się tak błogo jakbyście chcieli, on już będzie w was siedział głęboko i nie da o sobie zapomnieć. I przygotuje słodką zemstę, bo gdy wrócicie z urlopu on będzie na was czekał, jeszcze bardziej żądny waszej krwi niż poprzednio. Może emerytura jest rozwiązaniem? Też nie, bo kiedy doczekacie emerytury będziecie lepiej wytresowani niż psy Pawłowa, poniedziałek nie da o sobie zapomnieć. I popatrzycie wstecz na wasze życie, popatrzycie jak poniedziałek niszczy życie waszych dzieci i wnuków, spojrzycie na wasze stare, zniszczone ciało i nie będziecie mieli wątpliwości kto wam to uczynił. I choć w tej właśnie chwili bestia zasypia, to jego występki odczuwać będziecie do końca tygodnia. Nie ma przed nim ratunku, nie ma nadzieji, tylko śmierć może nas od niego wybawić...
Są w życiu takie chwile, że zazdroszczę ludziom religijnym. Wszystko mogą wytłumaczyć boską wolą, z każdym problemem mogą się zgłosić do swojego bóstwa i się wygadać. Nieważne jak głupia jest koncepcja Boga, który wysłuchuje każdego wiernego. Ale wiara w to, że gdzieś we Wszechświecie jest jakiś byt, do którego można się zawsze zwrócić nawet jeśli odwrócili się od Ciebie wszyscy - to całkiem przyjemna myśl. Do tego jeszcze wiara w Sąd Ostateczny, obietnica wiecznego szczęścia w Niebie - to brzmi lepiej niż 7% na koncie oszczędniościowym! No i najlepsze - można być całe życie okrutnym grzesznikiem a na łożu śmierci się nawrócić, bardzo bardzo bardzo żałować za grzechy i przeznaczyć cały majątek na potrzeby Kościoła. I takim oto rzutem na taśmę można zabukować sobie miejsce w niebiosach, niestety w chrześcijańskiej wersji bez dziewic do wyłącznej dyspozycji. Nieważne że cała ta koncepcja się zupełnie nie trzyma kupy. Ludziom to pomaga, nieprawdaż? No dobra, nie wszystkim pomogło. Ofiary wojen religijnych, prześladowań i innych takich wesołych wydarzeń mogą mieć na ten temat inne zdanie. No i mają swoje kościoły - centra wiejskiej rozrywki. Szlachetna tradycja mycia się aż raz na tydzień to skąd się niby wywodzi? Nie wiem jak działa taka wspólnota, bo nie należę do klubu. Ba, ci co nie uczęszczają na spotkania klubu jawnego katolika też mogą uprawiać monologi w kierunku mr.b i dobrze im z tym. Cholera, ja to wszystko tracę. Więc postanowiłem coś z tym zrobić, zmienić swoje życie i zacząć gadać do... No właśnie, tu pojawił się problem - do czego?? Do Boga? Ale którego? Jahwe lubi czasem kogoś utopić, co prawda mieszkam na pierwszym piętrze ale laboratorium w którym pracuję mieści się na parterze. Lepiej żebym się nie wychylał. Allah? Jak się o mnie dowie to jeszcze wyśle kogoś z wybuchową przesyłką, co mi średnio odpowiada - co prawda efektowniej niż potop ale jednak moja w tym korzyść będzie wątpliwa. Thor, Odyn i Tyr chyba już są po Ragnaroku więc nieżywi. Szkoda, fajne chłopy z nich były - do wypitki chętne. Jest jeszcze jakaś boginii w Indiach, ale chyba jest wyposażona w kastrującą waginę. Ta koncepcja trochę mnie zniechęca do tej persony. I cała masa większych i mniejszych bóstw, z których większość jest dość zazdrosna i może im się nie spodobać to że idę na łatwiznę - gadając do nich bez znajomości wszystkich rytuałów jakie temu zwykły towarzyszyć. A co z Latającym Potworem Spaghetti, Orbitalnym Czajniczkiem i Różowym Jednorożcem? Mimo ich niestnienia to całkiem fajna paczka, z poczuciem humoru i dystansem do siebie i świata. To dość kusząca myśl, ale ja tu chciałem na poważnie pogadać. No wiecie, o cierpieniach dnia codziennego i od święta, pozwierzać się itp. A zwierzanie się do tworów stworzonych dla jaj niszczy powagę tego zdarzenia. Tak więc musiałem poszukać innego obiektu do którego mógłbym skierować swój potok marudzenia na świat. I przyznam szczerze że to nie takie proste jak się wydaje! Pluszowy Garfield zawiódł na całej linii - ma beznadziejnie optymistyczny wyraz pyska i głupie serduszko na koszulce. Tak więc o zawodach miłosnych ciężko z nim pogadać. Do tego mam wrażenie że się dziad borowy ze mnie śmieje. Klasyczne rozwiązanie - poduszka. Moja poduszka pochodzi ze Szwecji, a Szwedzi to zimne dranie i jedzą zgniłe rekiny. Nie, mój błąd - to specjał serwowany na Islandii. Tak czy siak Skandynawia, mam wrażenie że gdyby Bóg był Skandynawem to świat miałby kształ starego Volvo kombi. Poduszka odpadła. Popiersie Lenina? Może gdyby było metalowe, gipsowe to taki tani zamiennik. Jak seks z dmuchaną lalką...Ludzie często gadają do roślinek, może to jest rozwiązanie? Zagadałem do swoich ziół na parapecie, następnego dnia opadły i pożółkły. Spróbowałem też gadać do siebie, wyszła karczemna kłótnia i do dziś nie odzyskałem pełni władzy nad lewą ręką. Zostały mi koty. Nie uciekają, nic nie rozumieją z tego co mówię więc nie usiłują się ze mną kłócić. To też kolejny ważny etap w realizacji mojego życiowego planu zostania starym kawalerem z kotami. Mam też fajkę, kubek na herbatę, brakuje mi tylko bujanego fotela, ale to pewnie znajdę w Ikei :]
Piękną mamy jesień tego lata, nieprawdaż? Akurat jak na złość zrobiło się gorąco, ale czerwiec pobił pewnie jakiś rekord - otóż w Warszawie nie padało 4 dni w ciągu całego miesiąca. Z tych czterech dni trzy były za to ponure i szare. Do tego przytrafiła się jedna całkiem porządna burza, która zalała centrum. Parę dni później podobna miała miejsce w Gdańsku. Deszcz w stolicy nie padał wyłącznie w czerwcu, około połowy maja zaczęła się deszczowa pogoda czyli w sumie spokojnie uzbiera się 40 dni deszczowych. Przypomina to wam coś? Owszem, biblijny potop. Wiem, że tam miało padać 40 dni i nocy bez przerwy. Ale jakiś ślad już jest. Jeśli do tego dodamy teorię, że bogowie są tak silni jak bardzo ludzie w ich wierzą to mamy rozwiązanie zagadki: w czerwcu 2009 miała miejsce Apokalipsa! Prawdopodobnie wkrótce pojawi się jakiś koleś twierdzący że jest synem bożym. Dresiarze go skroją, policja spałuje i zamkną delikwenta w szpitalu dla czubków. Apokalipsa okaza się kiepsa, bo bóg stracił siłę. Zdołał strącić ledwie dwa samoloty czyli nie dośc że sił mu brakuje to jeszcze z celnością ma problemy. Zgodnie z biblią ma już dobre sześć tysięcy lat, nic dziwnego że się trzęsie jak osika. Nie czas już na emeryturę? Latający Potwór Spaghetti na pewno jest w lepszej formie, Włosi jako wiodący producent makaronu na pewno poprą jego kandydaturę. W Somalii ma już bardzo silne poparcie gdyż rośnie tam liczba piratów. Jedno z ważniejszych haseł pastafarian brzmi "zatrzymaj globalne ocieplenie - zostań piratem!". A to dlatego, że wykazano zależność pomiędzy średnią temperaturą a ilością piratów - im mniej piratów tym temperatura wyższa. No, to ja ide napompować ponton i naostrzyć noże czego i wam życzę :]
Dawno nic nie napisałem, głównie z lenistwa a poza tym każdy dobry pomysł wylatywał mi z głowy jak tylko zasiadłem przed komputerem. Jednak dziś mega wielki i wspaniały super-hiper-duper market zwany MediaMarktem dał mi impuls do działania. Otóż trafiam na reklamę, że coś tam na pół i że tylko 11 lipca. Świetnie, będą zamieszki w sklepach, poleje się krew i przyjedzie TVN. Tak zwykle się dzieje kiedy pojawia się jakaś genialna promocja, np. ogórki kiszone za 50% ceny - to sparaliżowało swego czasu centrum Moskwy. Osama bin Laden nie został terrorystą z przyczyn religijnych, po prostu kiedy był na promocji DVD jakiś facet w koszulce "i love ny" wyrwał mu z rąk ostatni odtwarzacz i pognał do kasy. Niektórzy historycy twierdzą, że istnieje związek pomiędzy powstaniem faszyzmu a wielką promocją mydła "Die Balbinken", jaka miała miejsce w Berlinie. Podobno Żydzi wykupili cały zapas w ciągu 12 minut, co wywołało ogromną frustrację u Adolfa H, ciąg dalszy już znamy. Niestety nie wiem co będzie w promocji owego 11.07.2009 bo strona MM nie podaje żadnych szczegółów promocji. Może to będą pralki, może lodówki, może telewizory, może 15 metrowy kabel usb a może będzie można dostać paralizatorem. Nie dla idiotów - szefowie MM nie lubią konkurencji. Skoro już narzekam na korporacje to dostanie się także Decathlonowi. Generalnie to ich lubię, blablabla. Chcę kupić buty - zdarza się. Buty na stronie są, nawet można sprawdzić dostępność. Sprawdzam swój rozmiar - są. Jadę do sklepu - nie ma. Bo na stronie niekoniecznie są aktualne dane, no dobra. Mija tydzień i drugi - na stronie wciąż buty są dostępne a w sklepie wciąż ich nie ma. A zatem w jakim celu wprowadzają coś co nie działa i wprowadza klientów w błąd? Jeśli klikam w napis "sprawdź dostępność" to interesuje mnie stan faktyczny a nie zapisy historyczne! Multimedialne archiwum "co mieliśmy kiedyś tam" mnie nie interesuje a machiny do podróży w czasie nie posiadam. Może oni posiadają, na stronie na pewno będzie dostępna. Gdybym wybierał się na wojnę i robił przegląd magazynu to co mnie obchodzi że było w nim 15 czołgów skoro teraz został jedynie motor pancerny?
Toruń. To takie miasto z piernikami, ojcem dyktatorem, starą starówką i uniwerkiem, którego najsławniejszy żyjący absolwent podpisał i żałuje. To też miasto słynne z zapiekanek podawanych w warunkach, jakie pracowników sanepidu mogłyby przyprawić o zawał. I podobno to właśnie nadaje im ich niepowtarzalny smak, wszak nic tak nie ubogaca zapiekanki jak chrupiący karaluszek pod grzybkiem ;). Żartuję, naprawdę owe zapiekanki są znakomite. Przez Toruń przepływa rzeka Wisła a w niej grasują dwugłowe ryby. I naturalnie są mosty. Jeden samochodowy, dwupasmowy (jeden pas w każdą stronę), jeden kolejowy, dwa planowane i jeden na naszej-klasie. A jednak nie, mój błąd - na naszej-klasie są dwa mosty. Co daje Toruniowi pierwsze miejsce w stosunku ilości nie istniejących mostów do istniejących. Był kiedyś w Toruniu zamek, ale mieszkańcy go rozebrali i do dziś przetrwały jego resztki plus zamkowy kibelek. Kibelek jest w bardzo dobrym stanie, ale już nieczynny. Jest też drugi zamek, ale on jest po drugiej stronie rzeki, gdzie grasują niedźwiedzie, smoki i panowie żulowie. Owa druga strona rzeki to zasadniczo siedlisko zła - jest tam budynek TVN-u, stacja PKP i osiedla gdzie ludzka noga jeszcze nie postała. I taras widokowy, z którego można zobaczyć starówkę nocą czyli jeden z cudów Polski. A owy cud to trochę starych budynków oświetlonych na żółto. Po Toruniu grasuje kilka grup ludzi: studenci-nieroby, niemieckie wycieczki emerytów, polskie wycieczki gimnazjalistów, japońskie wycieczki cyborgów i między nimi nieśmiało przemykają rdzenni mieszkańcy Torunia. Rdzennego mieszkańca Torunia można łatwo poznać po tym, że robi się czerwony na dźwięk słowa "Bydgoszcz". Owa Bydgoszcz to miasto, które zgodnie z teorią toruniaków wyssało z Torunia wszystkie firmy, czyli takie miasto-wampir. Lokalnych można też poznać po tym, że mają dość pierników, bo jak byli mali to dostawali je zamiast chleba czy ziemniaków. Taki to jest Toruń. Toruń, z którego rok temu się wyprowadziłem. Miasto, gdzie studiowałem i poznałem uroki życia. Tam poznałem co to miłość i co to przyjaźń. Co to kac-gigant i jak przeżyć tydzień mając dwa kilo ziemniaków i chleb. Bla, bla, bla. Teraz uwaga - może zrobić się słodko. Kocham to miasto. Już, więcej wyznań miłosnych nie będzie :)
Nie ma zmiłuj, nadchodzi nowy rok. Co oznacza, że koniec świata będzie o rok bliżej, w życie wejdą kolejne nudne ustawy zaprojektowane tak, aby jak najskuteczniej utrudnić obywatelom życie i takie tam pierdoły. Standardowo na początku stycznia będzie apogeum poparzeń w wyniku zabaw sylwestrowych, mniej-więcej w połowie stycznia będzie szczytowa ilość samobójstw (przychodzą rachunki za święta) a przez cały styczeń ludzie po promilach będą zamarzać tu i ówdzie. Zima zaskoczy drogowców ale ucieszy blacharzy i mechaników samochodowych. Potem będzie cały, długi rok 2009 a kiedy będzie się miał ku końcowi wielu będzie powtarzać że następny będzie lepszy. Norma, jak co roku. Mimo tego życzę wszystkim, aby nadchodzący rok był jednak bardziej udany niż obecnie dogorywający, chyba że wasz dobry interes będzie kolidował z moim. Np. nie życzę kibicom innych niż Zaksa zespołów Polskiej Ligi Siatkówki zdobycia mistrzostwa Polski. Nie życzę kibicom innych drużyn niż Manchester United wygrania Ligi Mistrzów. Nie życzę nikomu wygrania 6 w totka póki sam nie wygram przynajmniej 10 milionów netto. Nie życzę żadnemu facetowi udanego związku z dziewczyną, która mi wpadła/wpada/wpadnie w oko. Nie życzę współtowarzyszom broni na polach ASG celnego oka i pewnego strzału kiedy to ja będę w ich celowniku. Nie życzę koncernom paliwowym wysokich zysków na paliwie jakie będę tankował do mojego baku. Nie życzę wszystkim czekającym na przeszczepy przeróżnych narządów aby to ode mnie i osób mi bliskich uzyskali owe narządy. Poza tym (i paroma innymi rzeczami, o jakich zapomniałem) życzę wszystkim to czytającym wszystkiego najlepszego!
Dziś wychodząc z wanny wpadłem na nowy pomysł, jak zostać sławnym, bogatym i w efekcie otoczonym przez piękne kobiety ;). Jak się okazuje każdy z nas wychodząc z kąpieli wyciera się w pewien charakterystyczny sposób, zawsze tak samo. Analizując w jaki sposób człowiek się wyciera można dowiedzieć się o owym człowieku wielu ciekawych rzeczy. Przykładowo: -jeśli człowiek wychodzi od razu mokry z wanny na dywanik oznacza to, że w jego młodości ojciec był postacią dominującą, miał w domu najwięcej do powiedzenia a nawet może oznaczać, że wychowywał się w ogóle bez matki. Im więcej człowiek się wyciera przed wyjściem z wanny/kabiny prysznicowej tym większy był wpływ matki na jego wychowanie i młodość. -ważne jest też co delikwent wyciera w pierwszej kolejności. Jeśli jest to twarz to ma problemy z akceptacją własnej osoby i usilnie poszukuje akceptacji u innych. Wycieranie włosów w pierwszej kolejności świadczy o przekonaniu o własnej atrakcyjności, która jest jednak nie do końca szczera. -kolejną ważną sprawą jest technika wycierania tak zwanych części niesfornych. Wycieranie ich na szybko, jednokrotnie oznacza że dana osoba ma niskie mniemanie o własnej atrakcyjności i możliwościach seksualnych. Niekoniecznie jest to przekonanie prawdziwe. -wycieranie palców u stóp i przestrzeni między palcami jest wyznacznikiem umiejętności analitycznego myślenia - osoba, która zwraca pilną uwagę na wycieranie tych części ciała ma większe zdolności matematyczno-analityczne
Przykłady można mnożyć. Jednak zanim będę mógł otworzyć własną poradnię muszę przeprowadzić dodatkowe obserwacje na różnych osobnikach, proszę o zgłaszanie się chętnych dziewczyn w wieku 18-28 lat. To wszystko dla dobra nauki, nie jest to tylko moja chęć napatrzenia się na nagie i mokre dziewczyny ;)
Nastała noc ciemna, godzina jest nieprzyzwoita (zwłaszcza, że muszę wstać rano). Czyli jest to najlepsza chwila na napisanie czegoś. Zbliżają się kolejne święta, więc jesteśmy zewsząd atakowani przez różnej maści mikołajów, choinki, kolędy i promocje świąteczne. Mikołaj o imieniu Waldemar bardzo chętnie weźmie wasze dzieci na swoje kolana i posmyra je lizakiem tu i ówdzie. Ale chyba jeszcze nie nadeszła jego chwila, na razie po makretach grasują aniołki wręczające ulotki - "zaszczep się na raka, dostaniesz gratis buraka". Gdzieś jeszcze podziewają się zielone elfy w głupich butach, namawiające do kupna środka do przeczyszczania rur w promocyjnej cenie. A pośrodku stoi paskudny renifer o czerwonym nosie, reklamujący jak się wydaje Nalewkę Babuni. Obrona przeciwlotnicza wzmaga czujność, ponieważ mnożą się skargi na latające wszędzie sanie. Z sań coś spada, przypomina w kształcie bomby. Zrzuca je człowiek z długą brodą, podobny trochę do Osamy Bin Ladena. Dzieciom zaleca się aby nie dotykały owych paczuszek, kolorowe pisma dla kobiet radzą potraktować dziada gazem lub paralizatorem. Politycy prawicy żądają ujawnienia teczki Mikołaja, agrumentując że jest on czerwony i na pewno współpracował z SB, UB czy innym USB. Elfy stają się ofiarami prześladowań nacjonalistów, Młodzież Wszechpolska domaga się leczenia elfów z elfizmu. Ojciec Dyrektor zaczyna akcję zbierania pieniędzy na ratowanie stoczni dowodząc, że ów obcy gatunek chce ją przejąć i oddać Niemcom. Powstają pierwsze getta... Aniołki stają się ofiarami biedoty, która używa ich piór do wypychania poduszek a same anioły piecze na wolnym ogniu. Kłusownicy zaczynają odstrzeliwać coraz większą ich ilość, myśliwi nie chcą być gorsi i argumentują, że zbyt duża populacja aniołów zaburza równowagę biologiczną. Renifery o czerwonych nosach zostają skierowane na przymusowe leczenie i siłą wpychane do klubów AA. Ci mikołaje, którzy nie zostali jeszcze odstrzeleni ("wydawało mi się, że sięga po broń a to była lukrowa pałeczka") zostają oskarżeni o pedofilię i zamknięci. Prezydent występuje w specjalnym orędziu, tuż po Wiadomościach i ogłasza że święta zostają odwołane z powodu kryzysu światowego. Mimo tego TVP i tak puszcza Kevina samego gdzieś tam. Powstaje proświąteczna opozycja podziemna, która być może za 20 lat przejmie rządy w kraju. USA zobowiązuje się zaatakować każdy kraj, który posiada złoża ropy naftowej i obchodzi święta. Na szczęście z Ziemię uderza wielki meteoryt co kończy głupie dyskusje nad tym w jaki sposób zastąpić święta. Dobranoc.
podczas przerwy na nicmisięniechce postarzałem się o kolejny rok i zgodnie z prawem nie powiniennem już studiować. 26 lat to wiek, w którym należy się zabrać za pracę a nie obijanie na studiach, imprezy do 5, zawody w piciu piwa, podszczypywanie koleżanek z roku i rysowanie świnek na kolokwium. poza tym 26 lat to wiek, w którym człowiek powinien stać się poważny, dorosnąć, posadzić drzewo, spłodzić potomka, wybudować dom (albo przynajmniej szopę, czy składzik na węgiel za którym może się chować Hiszpańska Inkwizycja). jest też opcja, że ja już nie dorastam tylko się starzeję, w takim wypadku powiniennem być całkiem fajnym dziadkiem ;). lub wujkiem, prawie takim jak Wujek Staszek, Mistrz Ciętej Riposty. Wujek Mason, Mistrz... coś by się może znalazło. 26 ma też inne znaczenia, na przykład jest to liczba atomowa żelaza. 26 dzień w roku to 26.01 - dzień Australii. serio, panowie Bruce mają tego dnia święto narodowe. jest też światowy dzień celnictwa, święto republiki w Indiach i święto rządu w Ugandzie. mają do wyboru takie opcje ja poproszę święto australii. 26 to też oznaczenie czegoś w kosmosie i połowa z 52. a jak 52 widnieje na wyświetlaczu wyników w darcie to wygląda jak kieliszek na nóżce :). w ogóle 26 to bardzo uniwersalna liczba, bo mnożąc ją przez inne liczby można uzyskać nieskończenie wiele jeszcze innych liczb, co byłoby nieskończenie głupim zajęciem ;). 26 to też 4 lata przed 30, kiedy to jak wszystko dobrze pójdzie zostanę panem doktorem i będę się zastanawiał co dalej zrobić ze swoim życiem. postanowiłem też, że jeśli do owej 30 nie znajdę nikogo na stałe to... będę szukał dalej. nie, wcale nie odczuwam presji ;)
po dłuższej przerwie spowodowanej przez tak zwane niechcenie wracam do tworzenia bloga, ha! tęskniliście? ;). trochę się pozmieniało w moim małym świecie od ostatniego razu, ot na przykład opuściłem na dobre śląsk. nie ze względu na powietrze. choć śląskie powietrze potrafiło w dwa dni zamienić świeżo umyty samochód w brudasa. zresztą jako rodowity kędzierzynianin jestem przyzwyczajony, zbyt świeże powietrze powoduje u mnie zawroty głowy ;). a zatem przeniosłem się do miasta, do którego zarzekałem się że nie przybędę. nigdy, przenigdy. i oto jestem w warszawie, jupi. czemu się nie zarzekałem, że za nic w świecie nie pojadę do harvardu, oxfordu czy cambridge? albo choć edynburg. no i mam za swoje, teraz staram się przekonać siebie że warszawa da się lubić. no daj się polubić, nie bądź taka niedobra. zła warszawa, zła!
ale ma jednak swoje zalety. np. organizują tu rajd bramborki. brambora. barbórki. wybierzcie sami właściwą wersję. rajdy to sport, w którym pierdząco-ryczące samochody ganiają po lasach, ścieżkach i polach ku uciesze publiczności, która lubi czasem wejść pod koła a przynajmniej dać się ochlapać błotem spod kół. i potem się nie myją przez miesiąc żeby móc się chwalić przed znajomymi ;). choć tak prawdę mówiąc, to rajd mi się bardzo podobał. było efektownie, warczenie i pierdzenie brzmi o wiele lepiej na żywo i dramaturgia też się pojawiła. był tylko jeden drobny feler - temperatura. coś powyżej zera ale nieznacznie. nie brzmi to tak źle, ale jak dodać do tego wiatr to zaczyna się robić mało przyjemnie. pełen ufności w rozgrzewające właściwości emocji ubrałem się w miarę normalnie, na szczęście nie zapomniałem rękawiczek. dopiero w trakcie marznięcia uświadomiłem sobie, że zabranie drugiego swetra, spodni cieplejszych niż najcieńsze jakie posiadam, drugiej pary skarpetek i być może też kominiarki byłoby niezłym pomysłem. sprytnie zrobiona kawa w termosie skończyła się dość szybko, choć przy jej mocy możliwe że zmieniła konsystencję na stałą, przywarła do ścian termosa i przygotowuje się do wprowadzenia tamże rządów silnej ręki. nie jestem pewien, ale wydawało mi się, że słyszałem coś jak "faterland" wykrzyczane cienkim głosikiem z wnętrza termosa. mimo tego nic mi nie odpadło z zimna, nic nie trzeba będzie amputować i mam się dobrze :]. a dzięki temu doświadczeniu wiem już, że stojąc przed wyborem śmierci z wyziębienia lub przegrzania poproszę to drugie ;)